giovedì 13 aprile 2017

Mungibeddu czyli Etna cz.1

Ciao!

Czasem zadziwiam sama siebie swoją dziwną, z pozoru nieprzydatną, ale jakże cudowną pamięcią do mało znaczących, wydaje się, momentów... Kiedy jeszcze jako studentka przyjechałam do Calabrii by dorobić sobie w sezonie wakacyjnym, po prawie trzydziestogodzinnej jeździe autobusem z Katowic, za namową koleżanki, która już rok wcześniej to przeżyła, postawiłam swoją jakże niezgrabną i nieapetyczną stopę i nogę, która w tamtym momencie przypominała grubą parówkę (teraz już wiem że miejsca w autokarach nie służą ukrwieniu nóg) na lungomare w Reggio, i dostałam oczopląsu. Było około południa, w powietrzu unosił się parny zapach rozgrzanej wody morskiej, a ja stałam jak słup soli i patrzyłam na tą feerię różowych i białych oleandrów, które wesoło kołysały się na wietrze, na auta mknące przed siebie w dzikim rytmie klaksonów i na soczyście zielone palmy zza których wyglądało słońce i tak czule rozgrzewało moją bladą jak mozzarella skórę. Gapiłam się jak zaczarowana na cieśninę i majaczącą w oddali Sycylię, na statki które, zdawało się, leniwie kołysały się na spokojnym, wściekle niebieskim morzu. Było jednak zbyt parnie, żeby JĄ zobaczyć.


Następną migawkę, której pewnie nigdy nie zapomnę, odtwarzam sobie często w pamięci, bo przywołuje miły dreszczyk. Było około godziny 19, słońce przybrało soczyście pomarańczowy odcień i powoli chyliło się ku morzu. Siedziałam na rozgrzanym, płaskim kamieniu na plaży małej mieściny gdzie pracowałam, a morska fala rozbijała mi się już o normalne, nie parówkowate nogi. I wtedy właśnie JĄ zobaczyłam. Czerwoną, jakby spaloną słońcem, a przecież samą w sobie będącym żywym ogniem, Etnę. Na tym przesiąkniętym pomarańczem krajobrazie majaczył tylko jej czubek i zdawało się jakby tam właśnie ziemia łączyła się z niebem. Mimo że piękna, to napawała mnie lękiem, który dziś przerodził się w czysty podziw i czułość, jeśli w ogóle można tak powiedzieć.

Etna, widok z Nicolosi, jednej z miejscowości zalicznych do Paesi Etnei


Od tego momentu minęło już wiele lat, wiele w moim życiu się zmieniło, ale jedno pozostało takie samo. Zawsze kiedy mój samolot za chwilę ma wylądować na lotnisku w Catanii, chciałabym żeby polatał chwilę dłużej, zatoczył pełne koło nad tym majestatycznym wulkanem, który nie raz nie dwa, (tak lubię sobie myśleć ;) ) czule mnie wita dymem wesoło buchającym z krateru. Czasem jednak jest na mnie odrobinę obrażony, wyrzuca z siebie nieprzebrane pokłady lawy i pyłu i zmusza mnie do lądowania w Palermo. Takie kobiece "a masz!"... W końcu Etna jest kobietą, lubi być kapryśna :)



Dziś Etna liczy sobie około 500000 lat i jest nadal bardzo aktywnym wulkanem. Pamięta czasy prehistoryczne o których zresztą, na swój sposób nam opowiada. Dziś ma dokładnie 3350m. n,p.m, ale kiedyś, jakieś 15 000 lat temu doszła do 4000m. n.p.m. Potem nastąpiła ogromna eksplozja, która nadała Etnie mniej więcej obecny kształt.
Wulkan to obecnie raj dla geologów, wulkanologów i biologów. Na samej Etnie oraz u jej podnóży zachodzi wiele ciekawych zjawisk, które przybliżę wam w następnych postach. Nie chciałabym lakonicznie potraktować tego tematu, bo jest to zwyczajnie zbyt ciekawe.
Jedną z najbardziej zaskakujących rzeczy, które możecie usłyszeć jest to, że w sezonie zimowym na Etnie można pojeździć na nartach. Zdziwicie się, bo struktury narciarskie w tym obszarze są na prawdę świetnie zorganizowane. Śnieg na Etnie utrzymuje się bez większych problemów, a warto tu wspomnieć o dość ciekawym zjawisku jakim jest naturalna jego konserwacja. Kiedy Etna wyrzuca z siebie pyły, osiadają one oczywiście na pokrywie śnieżnej; jeśli pył utworzy warstwę powyżej 2cm, śnieg może przetrwać okrągły rok. Czarna pokrywa świetnie izoluje letni żar słońca. Ciekawe są również groty lodowcowe uformowane przez spływającą lawę. W grotach tych znajdują się nieprzebrane warstwy lodu; naukowcy dotarli nawet do takich, które datuje się na wczesny Barok. Etna i jej lawa stwarzają świetne warunki termo-izolacyjne.

Dawno dawno zastygła już lawa przy jednym z wygasłych kraterów

Etna była również inspiracją dla samego Homera, który to na Sycylii właśnie umieścił najsłynniejszego cyklopa Polifema. Kult cyklopów na wyspie słońca był żywy przed długi, długi czas bowiem wierzono, że są to pomocnicy boga ognia Hefajstosa, którego domem była Etna. W każdej legendzie jest ziarnko prawdy, ale o tym w następnej części poświęconej Górze Ognia.

Wygasły już krater, który można swobodnie "zwiedzać" :)

Mam nadzieję, że rozbudziłam wasz apetyt i odwiedzicie mnie niebawem, żeby przeczytać więcej o tym wyjątkowym miejscu. Nie przegapcie też naszego Fanpage'a na Facebook'u, który umożliwi Wam bycie na bieżąco z wydarzeniami na blogu!

Saluti e a presto!

Nessun commento:

Posta un commento