giovedì 30 marzo 2017

Un caffè?

Ciao!

Dawno nas tu nie było, ale nie ma sensu się tłumaczyć. Czasem życie rzuca nam dosyć poważne wyzwania, z którymi nie łatwo się zmierzyć. Teraz jednak wracamy i możemy zapewnić, że nudno nie będzie.
Chcemy wprowadzić kilka zmian, które powinny wyjść temu blogowi i nam na dobre :)




Był taki czas, chociaż bardzo dawno dawno temu, kiedy nie bardzo rozumiałam o co ten cały raban z kawą w Italii. Kawa to kawa, myślałam. Nie bardzo ją lubiłam, byłam dość młoda toteż jej nie piłam... Kawa kojarzyła mi się zwykle z tą rozpuszczalną (o zgrozo!) lurą ( Enzo mawia brodo di polpo - wywar z ośmiornicy) którą tak chętnie popija dość duża część polskiego społeczeństwa. Wiedziałam też o istnieniu tzw. kawy plujki tudzież szatana, której sensu picia do dziś nie rozumiem, a w której lubuje się starsza część polskiego społeczeństwa w tym mój własny dziadek. Jak można, no jak można pić kawę w której pływają te cholerne fusy!?
Na serio Włochami i ich kulturą zaczęłam się interesować jakoś w liceum, tak więc temat kawy przestawał być mi obcy. Trwalszy związek z kawą (rozpuszczalną, wybaczcie!) rozpoczął się u mnie na studiach. Ale rozumienie tak szerokiego i złożonego pojęcia jakim jest kawa we Włoszech przyszedł dopiero, kiedy pewnego pięknego lata zaczęłam pracować we włoskim barze w małej kalabryjskiej mieścinie.
Dziś, kiedy to wspominam, szczerze współczuję moim klientom, którzy o dziwo wracali do mnie (może chodziło po prostu o to, że nie mieli bliżej innego baru...). Pamiętam moje pierwsze spotkanie ze spieniaczem do mleka. Mój szef skrupulatnie wytłumaczył mi co i jak, i ochoczo zabrałam się za pienienie mleka do mojego pierwszego w życiu, najbardziej włoskiego cappuccino. Para ze spieniacza szumiała i szumiała, mleko bulgotało i bulgotało, ja pełna skupienia i zapału zwiększałam moc pary i tak oto... wyszło ugotowane, wrzące mleko z mniej więcej dwoma bąblami które miały być pianą. Spienianie mleka było koszmarem, ilekroć miałam to zrobić robiłam się od niego bielsza, bo wiedziałam że będzie klapa. Po pewnym czasie i tryliardzie cappuccino bez cappuccio moje mleko zaczęło się pienić. W między czasie podziwiałam klientów z moim cappuccino bez cappuccio którzy schładzali je dmuchając - jestem pewna, że było bardziej gorące niż wrzątek, ponieważ wtedy myślałam że maksymalna moc pary to klucz do zwalającej z nóg piany. Niestety, moich klientów z nóg mogło zwalić tylko poparzenie trzeciego stopnia.
Espresso też sprawiło mi kilka problemów. Musiałam zapamiętać ile kawy nabrać do kolby, żeby była odpowiednio mocna, musiałam pamiętać, żeby dobrze zacisnąć kolbę w maszynie, a przede wszystkim musiałam zapamiętać co to caffè ristretto, corretto i że caffè macchiato to nie to co latte macchiato, i że jest jeszcze un caffè i że w ogóle to jest jeszcze milion innych nazw miejscowych na coś co myślę, że jest czymś ale tym nie jest! I tak pewnego ranka, od tego natłoku informacji do zapamiętania, zapomniałam zacisnąć dobrze kolby w maszynie. Po czym to poznałam zapytacie? Ano po tym, że kolba wystrzeliła w powietrze rozsypując wszędzie fusy i pięknie zdobiąc moją białą bluzkę brązowym pasem dokładnie na poziomie piersi... Była to dekoracja, która bardzo przypadła do gustu moim klientom i na pewno zapytaliby o mojego projektanta, ale niestety szef posłał mnie na zaplecze abym się przebrała.
Ta sytuacja może być dla was dowodem, że nawet po najgorszej burzy wyjdzie słońce. Dla mnie wyszło po około 2 tygodniach mordęgi. W końcu coś we mnie zaskoczyło i moja kawa była tylko albo aż po prostu włoską kawą podawaną we włoskim barze.
Kiedy poczułam się już dosyć pewnie, a strach ustąpił miejsca ciekawości zaczęłam obserwować i tak naprawdę delektować się tym porannym rytuałem jaki odbywa się od wieków we włoskich barach. Za nic miałam wstawanie o 4.30 by rozpocząć pracę o 6 rano, za nic miałam to, że po 8h stania za barem nogi chciały mi wejść do pewnej części ciała! Wszystko wynagradzał mi pewien starszy pan który codziennie o 6.15 przychodził na swoje caffè ristretto ze świeżo pachnącą gazetą; inny pan który mówił w dialekcie i rozumiałam tylko, że chciał caffè corretto z likierem sambuca; dwaj przyjaciele (notabene! niesłyszący) którzy codziennie zjadali jednego cornetto na pół i wypijali po espresso; dwaj robotnicy wykupujący wszystkie rogaliki z nutellą; pani, która brała zawsze cappuccino caldo caldo (chyba jedyna, której nie przeszkadzało moje wrzące mleko); i wiele wiele innych ludzi, którzy każdego ranka odprawiali swój rytuał, a ja byłam niesamowicie szczęśliwa, że mogę w tym uczestniczyć.
Bar we włoskim społeczeństwie pełni bardzo ważną i ciężką do wytłumaczenia funkcję. Baru nie traktuje się tylko jako miejsca gdzie można wypić kawę. W barze się rozmawia, do baru wpada się przed pracą w pośpiechu, w barze rozmyśla się nad swym życiem gdy barman parzy espresso (nie, nie potrzeba rozmyślać zbyt długo), w barze staje się tylko przy ladzie barowej, bo stoły i krzesła są tylko dla turystów i to nie przystoi, do baru przychodzi się nie tylko rano ale i po południu, a nawet i wieczorem (kawę można pić o każdej porze), w barze jest głośno i jest zamieszanie, w barze każdy klient mówi ze wszystkimi na raz i co najważniejsze, w barze, w tym całym zgiełku każdy klient zostanie obsłużony.
O samej kawie opowiemy wam już następnym razem. Jeśli macie jakieś wspomnienia i doświadczenia związane z włoskim barem, piszcie śmiało! :)

Saluti!

Nessun commento:

Posta un commento